Nie wiem, kto wpadl na pomysl, zeby na moim biurku postawic telefon z ktorego ja, nikt inny mam korzystac!
Ktokolwiek to byl, zaloze sie, ze po jakims czasie, a raczej po ostatniej mojej rozmowie, ten sam czlowiek mial ochote wyslac mnie do jakiegos magazynu i tam juz zostawic.
Dzwoni wiec ten nieszczesny telefon. Ja-z wahaniem-odbieram.
Dzien dobry, z tej strony Pani Jakas Tam i Pan Bardzo Wazny czeka na Pania...
Mysle sobie:'O, w morde i co teraz?'
Biegne wiec do pokoju obok, potykajac sie o wszystko co mam po drodze i informuje innego Pana Waznego, ze tamten Pan czeka na niego przy wejsciu do Parku w ktorym pracuje.
Wszyscy wpadaja w poploch, no bo jak to? Kiedy i po co do cholery wpadac ma tutaj jakis super wazny klient skoro nawet sie nie umowil i nie uprzedzil o swojej wizycie?!
Dzwonia wiec do tego Wazniaka, zeby potwierdzic, ze to co uslyszalam, albo raczej to co chcialam uslyszec przez telefon, jest prawda.
I co sie okazuje?
Ze Pan Wazny owszem jest i owszem, czeka, ale nie przy bramie tylko przy telefonie, na polaczenie!
Wszyscy (oprocz mnie) odetchneli z ulga.
Ja czerwona, jak burak opuszczam biuro. I nadziwic sie nie moge jak, po szesciu latach na Wyspach mozna pomylic sie tak bardzo i omylnie zrozumiec, ze ktos czeka przy bramie zamiast tego, ze ta osoba czeka po prostu na polaczenie?!
Kurtyna (i szczeka) opada.
Do Anglika nie przychodzi sie bez zapowiedzi.
Chyba, ze jest sie listonoszem i dostarcza sie cos, na co Szanowny Anglik czekal.
W przeciwnym razie, trzeba zadzwonic, zapytac, czy ma dla nas czas i , czy w ogole mozna.
W efekcie konczy sie to i tak spotkaniem w pubie.
Bo Anglicy nie lubia spotykac sie w domu.
Dom to dla nich twierdza, dostepna tylko dla domownikow i ewentualnie bardzo bliskiej rodziny (chociaz mam znajomego, ktory spotyka sie ze swoim ojcem w pubie).
Z pubu sie po prostu wychodzi.
Sprzatac po gosciach nie trzeba. No i spotkanie mozna zakonczyc w kazdej chwili, nie martwiac sie przy tym, jak dac gosciowi do zrozumienia, ze to JUZ czas sie pozegnac.
A, i kazdy oczywiscie placi za siebie. Kolejny problem z glowy.
Przez te wszystkie lata tylko raz udalo mi sie podejrzec wnetrze angielskiego domu.
Zostalam zaproszona na niedzielny obiad.
Bardzo smaczny zreszta.
Obiad obiadem, ale na deser i tak pojechalismy do pubu.
Moze sie bali, ze bede chciala dluzej posiedziec?
Ale przeciez, my, Polacy potrafimy sie zachowac i do lba mi wtedy nie przyszlo, zeby tam przesiadywac do wieczora.
Sprytu i zabopiegawczosci moim znajomym nie mozna jednak odmowic.
Tak wiec chociaz obiad zjedlismy u nich, wieczor zakonczylismy na neutralnym gruncie.
To jeden z tych zwyczajow, do ktorych nigdy sie chyba nie przywyczaje.
Uwielbiam przeciez siedziec ze Znajomymi w moim niewlasnym, wynajmowanym dwupokojowym mieszkanku wielkosci pudelka od zapalek, popijac wino, sluchac dobrej muzyki i zajadac sie salatka domowej roboty.
Bywa, ze niektorzy z nich zostaja na noc i to jest jeszcze piekniejsze!
Tymczasem, coraz czesciej z niektorymi ludzmi spotykamy sie 'na miescie' na szybkiej kawi i ciastku.
Az sie boje, ze przesiakam tym nielubianym zwyczajem.
Zawsze, czy to w pracy, czy wsrod znajomych pytaja mnie o Polske.
Zawsze z cierpliwoscia (chociaz z ta u mnie roznie) odpowiadam na szereg pytan.
Ale jak odpowiadac na pytania glupie, pozbawione sensu, albo takie ktore sprawiaja, ze najchetniej dokonalabym samookaleczenia na znak protestu?
Nikt jeszcze nie podal mi gotowej recepty.
Nauczylam sie juz przymruzac oko na stwierdzenia, ze Polska nie jest w Unii i jak to, ze ja tak sobie tutaj pracuje?
Normalnie.
Wstaje, ubieram sie, myje i spedzam osiem godzin przy biurku stukajac w klawiature.
Mam dokumenty, odprowadzam podatki i place na sluzbe zdrowia.
A jak sobie radzisz z roznica czasu?
I wtedy w mojej glowie pojawiaja sie znaki zapytania, jak w kreskowce i przez chwile nie jestem pewna, czy sie rozumiemy (czyzby moj angielski ani troche sie nie poprawil?), albo czy rozmawiamy o tych samych krajach (Anglia-Polska?)
Jaka roznica czasu-pytam?!
Nie, ta godzina nie jest problemem zadnym. I nie, to nie jest tak, ze jak ja zaczynam dzien tutaj, w Anglii, to moi Rodzice w Polsce klada sie juz spac, do jasnej cholery! No chyba, ze pracowaliby na nocki. Potem sa jeszcze popularne bardzo pytania, czy w Polsce mamy rowery, albo kregielnie. Nie, Polacy na rowerach jezdzic nie potrafia, a kregielnie uwazaja za beznadziejny rodzaj rozrywki, wiec miejsca takie nie maja racji bytu. I kropka.
piątek, 18 maja 2012
Licznik odwiedzin: 411 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Blog traktuje o zyciu na emigracji.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: