Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 745 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Przygody z angielskim :)

sobota, 31 grudnia 2011 12:28

Nie wiem, kto wpadl na pomysl, zeby na moim biurku postawic telefon z ktorego ja, nikt inny mam korzystac!

Ktokolwiek to byl, zaloze sie, ze po jakims czasie, a raczej po ostatniej mojej rozmowie, ten sam czlowiek mial ochote wyslac mnie do jakiegos magazynu i tam juz zostawic.

Dzwoni wiec ten nieszczesny telefon. Ja-z wahaniem-odbieram.

Dzien dobry, z tej strony Pani Jakas Tam i Pan Bardzo Wazny czeka na Pania...

Mysle sobie:'O, w morde i co teraz?'

Biegne wiec do pokoju obok, potykajac sie o wszystko co mam po drodze i informuje innego Pana Waznego, ze tamten Pan czeka na niego przy wejsciu do Parku w ktorym pracuje.

Wszyscy wpadaja w poploch, no bo jak to? Kiedy i po co do cholery wpadac ma tutaj jakis super wazny klient skoro nawet sie nie umowil i nie uprzedzil o swojej wizycie?!

Dzwonia wiec do tego Wazniaka, zeby potwierdzic, ze to co uslyszalam, albo raczej to co chcialam uslyszec przez telefon, jest prawda.

I co sie okazuje?

Ze Pan Wazny owszem jest i owszem, czeka, ale nie przy bramie tylko przy telefonie, na polaczenie!

Wszyscy (oprocz mnie) odetchneli z ulga.

Ja czerwona, jak burak opuszczam biuro. I nadziwic sie nie moge jak, po szesciu latach na Wyspach mozna pomylic sie tak bardzo i omylnie zrozumiec, ze ktos czeka przy bramie zamiast tego, ze ta osoba czeka po prostu na polaczenie?!

 

Kurtyna (i szczeka) opada.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330705568,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

:)

sobota, 28 sierpnia 2010 15:47
Wczoraj zostalam nazwana sarkastyczna suka przez moja kolezanke z pracy.
I musze powiedziec, ze to byl najwspanialszy komplement, jaki w zyciu uslyszalam.
Bo wierzcie mi, lub nie, ale bycie sarkastycznym w innym jezyku niz ojczysty, to duze osiagniecie.

:)

Przynajmniej dla mnie.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6345571,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

'My home is my castle.'

czwartek, 26 sierpnia 2010 14:40

Do Anglika nie przychodzi sie bez zapowiedzi.
Chyba, ze jest sie listonoszem i dostarcza sie cos, na co Szanowny Anglik czekal.
W przeciwnym razie, trzeba zadzwonic, zapytac, czy ma dla nas czas i , czy w ogole mozna.
W efekcie konczy sie to i tak spotkaniem w pubie.
Bo Anglicy nie lubia spotykac sie w domu.
Dom to dla nich twierdza, dostepna tylko dla domownikow i ewentualnie bardzo bliskiej rodziny (chociaz mam znajomego, ktory spotyka sie ze swoim ojcem w pubie).

Z pubu sie po prostu wychodzi.
Sprzatac po gosciach nie trzeba. No i spotkanie mozna zakonczyc w kazdej chwili, nie martwiac sie przy tym, jak dac gosciowi do zrozumienia, ze to JUZ czas sie pozegnac.
A, i kazdy oczywiscie placi za siebie.  Kolejny problem z glowy.

Przez te wszystkie lata tylko raz udalo mi sie podejrzec wnetrze angielskiego domu.
Zostalam zaproszona na niedzielny obiad.
Bardzo smaczny zreszta.

Obiad obiadem, ale na deser i tak pojechalismy do pubu.

Moze sie bali, ze bede chciala dluzej posiedziec?
Ale przeciez, my, Polacy potrafimy sie zachowac i do lba mi wtedy nie przyszlo, zeby tam przesiadywac do wieczora.

Sprytu i zabopiegawczosci moim znajomym nie mozna jednak odmowic.

Tak wiec chociaz obiad zjedlismy u nich, wieczor zakonczylismy na neutralnym gruncie.

To jeden z tych zwyczajow, do ktorych nigdy sie chyba nie przywyczaje.
Uwielbiam przeciez siedziec ze Znajomymi w moim niewlasnym, wynajmowanym dwupokojowym mieszkanku wielkosci pudelka od zapalek, popijac wino, sluchac dobrej muzyki i zajadac sie salatka domowej roboty.
Bywa, ze niektorzy z nich zostaja na noc i to jest jeszcze piekniejsze!

Tymczasem, coraz czesciej z niektorymi ludzmi spotykamy sie 'na miescie' na szybkiej kawi i ciastku.

Az sie boje, ze przesiakam tym nielubianym zwyczajem.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6338054,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

U nas na Wyspach, czyli wszyscy sa popieprzeni tylko, ja jestem samolotem.

sobota, 14 sierpnia 2010 21:14

Zawsze, czy to w pracy, czy wsrod znajomych pytaja mnie o Polske.

Zawsze z cierpliwoscia (chociaz z ta u mnie roznie) odpowiadam na szereg pytan.

Ale jak odpowiadac na pytania glupie, pozbawione sensu, albo takie ktore sprawiaja, ze najchetniej dokonalabym samookaleczenia na znak protestu?

Nikt jeszcze nie podal mi gotowej recepty.

 

Nauczylam sie juz przymruzac oko na stwierdzenia, ze Polska nie jest w Unii i jak to, ze ja tak sobie tutaj pracuje?

Normalnie.

Wstaje, ubieram sie, myje i spedzam osiem godzin przy biurku stukajac w klawiature.

Mam dokumenty, odprowadzam podatki i place na sluzbe zdrowia.

 

A jak sobie radzisz z roznica czasu?

 

I wtedy w mojej glowie pojawiaja sie znaki zapytania, jak w kreskowce i przez chwile nie jestem pewna, czy sie rozumiemy (czyzby moj angielski ani troche sie nie poprawil?), albo czy rozmawiamy o tych samych krajach (Anglia-Polska?)

 

Jaka roznica czasu-pytam?!

Nie, ta godzina nie jest problemem zadnym.

I nie, to nie jest tak, ze jak ja zaczynam dzien tutaj, w Anglii, to moi Rodzice w Polsce klada sie juz spac, do jasnej cholery!

 

No chyba, ze pracowaliby na nocki.

 

Potem sa jeszcze popularne bardzo pytania, czy w Polsce mamy rowery, albo kregielnie.

Nie, Polacy na rowerach jezdzic nie potrafia, a kregielnie uwazaja za beznadziejny rodzaj rozrywki, wiec miejsca takie nie maja racji bytu.

 

I kropka.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,6294058,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Poczatki, czyli Emigrantka na zmywaku.

niedziela, 09 maja 2010 22:07
Nigdy nie wstydzilam sie przyznac do tego, jak zaczynalam.
Przyjechalam na Wyspy do Znajomych, ktorzy bardzo mi pomogli.
Zapewnili wikt i opierunek, zalatwili prace i zaprowadzili za raczke.
W niedziele przyjechalam a w poniedzialek stalam juz przed szefem kuchni we wloskiej restauracji i na jego pytanie, czy mowie po angielsku, odpowiadalam:'a little bit'.
W rzeczywistosci moj angielski byl na zenujacym poziomie.
Dzisiaj mysle, ze mialam wiecej szczescia niz rozumu, decydujac sie na przyjazd tutaj.
Ale slowo sie rzeklo i po krotkim wstepie: do garow!
Praca byla na kilka godzin dziennie, w czasie ktorych probowalam sklecic zdania po angielsku.
Wsrod nich byly takie perelki jak:
'I search new flat' albo:'I want see Big Ben.'
Skad mi wtedy Big Ben przyszedl do glowy to nie wiem, ale najwyrazniej juz wtedy lapalam, ze w tym kraju nie znosi sie ciszy i czasem lepiej gadac bzdury niz milczec.
Koniec koncow, powoli uczylam sie slowek a takze tego, ze jak Anglicy pisza, ze woda jest goraca to oznacza, ze jest goraca kurewsko i trzeba uwazac, zeby sie nie poparzyc.
Uswiadamialam sobie takze, ze jak sie spozniam do pracy to wystarczy powiedziec:'Sorry, I'm late' a nie gubic sie w tlumaczeniach, ktore nie byly istotne, a z moim angielskim rownie niezrozumiale.
Oprocz zmywania garow, bylam tez taka dziewczyna do pomocy, czyli: przynies, podaj, pozamiataj.
Inna sprawa, ze nie zawsze rozumialam, co mialam przyniesc.
Pewnego dnia, Pan Kucharz, poprosil, zebym przyniosla mu ze spizarni czosnek.
Ale ja, w drodze dedukcji (jakiej dedukcji, pytam?) przynioslam mu...maslo!
Kucharz byl jednak cierpliwy i zaprowadzil mnie za raczke (w tym czasie bylam tak czesto prowadzana) do spizarni, pokazal czosnek, przeliterowal i kazal zapamietac.

Zapamietalam.

:)


Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,5889796,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

 12  »

piątek, 18 maja 2012

Licznik odwiedzin:  411 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Archiwum

O moim bloogu

Blog traktuje o zyciu na emigracji.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 14.08.2010 22:58:23
  • autor: M.
  • treść: Madz w koncu znow pi...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to